Polnisch verboten! (Polski Zakazany!)
ECHO GMIN : Nr 32 (563), 5 - 11 VIII 2008 r.
Odbieranie języka - odbieraniem ojczyzny,
odbieranie języka - odbieraniem duszy.
Gazeta nasza, jako jedna z nielicznych w Polsce, przez wiele miesięcy bacznie przyglądała się walce polskich rodziców o ich prawa, z niemieckimi urzędami, w naszym przypadku głównie chodziło o urząd do spraw młodzieży Jugendamt. O dyskryminacji, nie tylko Polskich rodziców, pisaliśmy wiele, pisaliśmy również o aktywnej, krytycznej wobec rządu Niemiec postawie Parlamentu Europejskiego. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku... niestety.
Wojciech Pomorski (mgr Wojciech Leszek Pomorski Prezes/Vorsitzender Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech t.z.) opowiada od lat o swojej krzywdzie, ale również o krzywdzie tysięcy innych rodziców, którzy podobnie jak On,
utracili możliwość rozmawiania ze swoimi dziećmi w rodzinnym języku. Pan Wojciech opowiada wszystkim: dziennikarzom, organizacjom przeciw dyskryminacji, politykom, o krzywdzie, jaka dzieje się rodzicom z rozbitych związków, w których jedna ze stron jest Niemcem/Niemką, a drugim rodzicem jest osoba pochodząca z innego kraju. Pomorski przed trzema laty, po powrocie do swojego domu w Hamburgu nie zastał w nim ani żony, ani dwóch kilkuletnich córeczek. Żona uciekła. Zabrała dzieci. Potem był rozwód i walka o dzieci. Córki - decyzją sądu rodzinnego - trafiły do matki. Ojcu zezwolono na widywanie dzieci. Spotkania - jak to określono, dla bezpieczeństwa dzieci - miały odbywać się w towarzystwie urzędnika Jugendamtu, czyli niemieckiego urzędu do spraw młodzieży i w języku niemieckim, ponieważ zgodnie z pismem, jakie otrzymał Wojciech Pomorski z Jugendamtu: „Należy zauważyć, że z przyczyn fachowo-pedagogicznych nie jest w interesie dzieci, żeby kontakt z nimi (...) odbywał się w języku polskim.” (sic!) Sami zatem rozumiecie, że na takie dictum żaden odpowiedzialny rodzic nie może wyrazić zgody. Mimo tego, że sprawą wydanego przez Jugendamt zakazu używania języka polskiego zajęła się wkrótce niemiecka organizacja rodzin dwunarodowych oraz polski konsulat, a nawet niemieckie media, do dzisiaj Pan Wojtek nie może rozmawiać z córeczkami. Dlaczego urzędnicy owej mało sławetnej organizacji (Jugendamt został założony przez nazistów) uznali, że znajomość polskiego może mieć niekorzystny wpływ na rozwój dziecka? Czyżby tylko ze względu na obecność niemieckiego nadzoru podczas spotkań z dziećmi zabroniono używania języka polskiego? Okazuje się że NIE ! Zostało niezbicie ustalone, iż urząd dysponował polskojęzycznymi pedagogami, którzy mogli nadzorować spotkania Pomorskiego z dziećmi.
Smaczku sprawie dodaje fakt, iż Jugendamt w wydanym wcześniej przez siebie piśmie pisze coś diametralnie różnego; „dla dzieci korzystny jest rozwój w języku niemieckim”. O co zatem chodzi?
Według Pomorskiego, w majestacie tego urzędu rozwija się proceder odbierania dzieci rodzicom i przekazywania rodzinom zastępczym za pieniądze. To okazuje się intratne, rodzina zastępcza dostaje bowiem 600 euro na dziecko miesięcznie. W praktyce może ona odłożyć kilkaset euro - uważa Pomorski, i dodaje, że rocznie 25 tysięcy dzieci odbieranych jest rodzinom przez niemiecką instytucję. Jugendamt, jak przyznaje Pomorski, jest w Niemczech dość powszechnie nazywany urzędem, który kradnie dzieci.
Żeby zniechęcić zarówno rodziców jak i sprzyjające im media, próbuje się walczącym o swe prawa rodzicom, jak i wszystkim, którzy ich wspomagają, przykleić etykietkę pospolitych pieniaczy, a wielość spraw sądowych ma społeczeństwo nie tylko niemieckie, lecz i międzynarodowe utwierdzić w tym przekonaniu.
Poprzez różnorakie działania próbuje się zaszufladkować Pomorskiego, jak i jego przyjaciół, jako ludzi posiadających antyniemieckie fobie. A media, które zajmują się sprawą Pomorskiego i innych, określa się jako media o charakterze nacjonalistycznym (za takie media uznano między innymi tygodnik Wprost i stację telewizyjną Polsat). Doszło do tego, że nawet niemiecka organizacja Väteraufbruch für Kinder miała wątpliwości, czy działalność polskiego stowarzyszenia nie wynika li tylko z wrogości wobec Niemców, ale przekonała się, że tak nie jest. Jednak - jak mówi sam Pomorski – „Musimy bardzo uważać, by nam nie przypięto takiej etykietki Każdy nasz krok jest przemyślany, by nie doprowadzić do szkodzenia naszej polityce polsko-niemieckiej”.
Paweł Zaleski

versenden





Rząd chce ułatwić polskim firmom zatrudnianie obywateli Mołdowy i Gruzji. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini będą mogli pracować bez zezwolenia nawet przez dziewięć miesięcy. Eksperci uważają, że potrzebne są kolejne ułatwienia dla pracowników z państw Dalekiego Wschodu i Kazachstanu.
Polskie firmy będą mogły zatrudniać Mołdowian i Gruzinów od sześciu do 12 miesięcy bez zezwolenia na pracę - dowiedziała się Gazeta Prawna. Resort pracy rozważa też wydłużenie z sześciu do dziewięciu miesięcy okres pracy bez zezwolenia dla Ukraińców. Eksperci pozytywnie oceniają te pomysły. Zwracają uwagę, że należy zliberalizować zatrudnienie cudzoziemców także z innych krajów i usprawnić wydawanie wiz dla pracowników ze Wschodu.
Ułatwienia dla Ukraińców
- Rozważamy dalsze otwarcie rynku pracy dla cudzoziemców spoza UE - mówi Czesława Ostrowska, wiceminister pracy i polityki społecznej.
Dodaje, że trwają konsultacje międzyresortowe dotyczące wydłużenia okresu zatrudniania Ukraińców, Rosjan i Białorusinów bez zezwolenia na pracę z sześciu do dziewięciu miesięcy.
Propozycja resortu pracy jest kolejnym krokiem liberalizującym zatrudnianie cudzoziemców ze Wschodu. Od 1 lutego tego roku mogą oni pracować w Polsce bez zezwolenia na pracę przez sześć miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy we wszystkich sektorach gospodarki. Wcześniej, od lipca 2007 r., mogli być zatrudnieni przez trzy miesiące. Resort pracy wprowadził bardziej liberalne przepisy, aby przedsiębiorcy, przede wszystkim z branży rolnej i budowlanej, bez zbędnych formalności związanych z uzyskaniem zezwolenia na pracę, mogli zatrudniać cudzoziemców.
Pracownicy z Mołdowy
Teraz na podobnych zasadach jak pracownicy z Ukrainy, Rosji i Białorusi, czyli bez konieczności uzyskiwania zezwoleń na pracę mieliby pracować u nas Mołdowianie i Gruzini.
- Chcemy ułatwić dostęp do rynku przede wszystkim Mołdowianom, a następnie Gruzinom. W ciągu kilku miesięcy przygotujemy rozporządzenia umożliwiające takie rozwiązania - mówi Marcin Kulinicz, naczelnik w departamencie migracji MPiPS.
Dodaje, że chodzi o umożliwienie obywatelom tych krajów wykonywania pracy bez zezwolenia na okres od sześciu do 12 miesięcy. Otwarcie rynku polskiego dla obywateli z tych dwóch krajów będzie elementem unijnego programu partnerstwo dla mobilności.
- Program zakłada umożliwienie legalnego zatrudnienia w UE obywatelom wybranych krajów spoza Unii - mówi Marcin Kulinicz.
Dotychczasowe zainteresowanie firm zatrudnieniem Mołdowian i Gruzinów jest niewielkie. W I połowie 2008 r. 614 Mołdowian i 39 Gruzinów pracowało w Polsce na podstawie zezwolenia na pracę wydawanego przez wojewodę.
- Procedura ubiegania się o zezwolenie jest skomplikowana i czasochłonna. Firma musi przedstawić od 12 do 15 oryginalnych dokumentów z wielu instytucji - mówi Andrzej Korkus z East West Link.
Dodaje, że firmy będą znacznie bardziej zainteresowane zatrudnianiem Mołdowian i Gruzinów, jeśli nie będą musiały starać się o zezwolenie na pracę dla nich.
Wolne miejsca pracy
Dotychczasowy napływ pracowników ze Wschodu nie zmienił jednak zasadniczo sytuacji na polskim rynku pracy. W I połowie 2008 r. pracodawcy złożyli w urzędach pracy 89,7 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy Ukraińcom, Rosjanom i Białorusinom. Liczba faktycznie zatrudnionych cudzoziemców ze Wschodu jest jednak znacznie mniejsza z powodu kłopotów z uzyskiwaniem wizy. Trwające obecnie nawet trzy miesiące procedury wizowe powodują, że efektywny czas pracy cudzoziemca skraca się do trzech miesięcy.
- Podjęcie pracy przez cudzoziemca przestaje mieć w takiej sytuacji sens - mówi Józef Zubelewicz, prezes Erbudu.
Mało prawdopodobne też, aby w II połowie roku firmy złożyły tyle oświadczeń co w I półroczu. Zaobserwowany ostatnio duży napływ głównie Ukraińców jest bezpośrednio związany z sezonem w rolnictwie i budownictwie.
- Jesienią i zimą prawdopodobnie ich liczba zmniejszy się - mówi Marcin Kulinicz.
Gdyby nawet przyjąć, że w tym roku będzie pracowało 180 tys. cudzoziemców ze Wschodu, to będą stanowić nieco więcej niż 1 proc. pracujących. W I kwartale 2008 r. pracowało w Polsce 15,5 mln osób.
Z danych GUS wynika, że w I kwartale 2008 r. pracodawcy zgłosili do urzędów pracy zapotrzebowanie na 300 tys. pracowników. Janusz Grzyb, dyrektor departamentu migracji w MPiPS, ocenia jednak, że braki kadrowe są znacznie większe.
- W budownictwie i rolnictwie sezonowym jest 400 tysięcy wolnych miejsc pracy - mówi.
Sytuacji na rynku pracy nie zmieni znacząco również napływ pracowników z Mołdowy i Gruzji.